czwartek, 7 listopada 2013

Deszczowa chandra, a więc zupa "przeciwchandrowa"

Pada w Poznaniu, wychodzić się nie chce, ogarneła mnie jakaś taka niemoc twórcza... 

Poszłam wczoraj za radami tych "najmądrzejszych", którzy mówili: "tych aplikacji, które wysyłasz o prace nikt nie czyta, musisz pójść osobiście...bla, bla, bla". Zawsze odpowiadałam ,że to przecież w takich korporacjach nie ma sensu, bo nikt nie wpuści mnie tak z ulicy do Działu Kadr, żebym sobie z kimś pogadała w sprawie pracy. Ja swoje, Oni swoje i tak w kółko, aż się już niedobrze robi od tych wszystkich rad. W teorii wszystko wygląda na proste. Dla świetego spokoju wzięłam wczoraj dupę w troki i poszłam do czterech dużych firm, które ogłaszały w internecie wolne etaty na stanowiska mnie interesujące. Swoją wycieczkę rozpoczęlam oczywiście w punkcie ksero, żeby moja aplikacja byla pełna, a zdjęcia ładne i kolorowe. Podróż do firmy nr 1. zajęła mi dwie godziny, a gdy tam weszłam i przedstawiłam po co się zjawiłam usłyszałam "Nie, nie ale to u nas nic proszę nie zostawiać, wszystko trzeba robić mailowo, przez stronę www, bo ta rekrutacja to przez Warszawę najpierw idzie." Tak, więc w pierwszej korporacji nie zostawiłam nawet własnego CV. Przyznam, że już wtedy lekko się podłamałam, a gdy wyszłam i zobaczyłam, że leje to nawet na parę sekund poczułam łzy pod powiekami. Jednak z natury uparte zwierzę jestem, więc wzięłam się w garść i postanowiłam próbować dalej. 
Przede mną kolejna, tym razem nieco krótsza podróż. Tym razem nie dotarłam nawet do recepcji, ponieważ już przy bramie zatrzymała mnie Pani Ochroniarz, która patrząc na mnie z litością mówi "Ojej, niepotrzebnie Pani jechała do nas, ja wezmę te aplikację i zaniosę, ale wszystko się u nas odbywa mailowo." W tym momencie wcisnęła mi w rękę kartkę z mailem (którego już notabene miałam), na którego można prośbę wysłać. Po tej pogawędce przemoczona i zrezygnowana udałam się na przystanek, żeby jechać dalej. Wtedy właśnie okazało się, że do autobusu mam jeszcze 40 minut... Więc stałam tam, już sama nie wiem czy bardziej zdołowana, czy bardziej zła prawie godzinę, bo autobus oczywiście się spóźnił. Już nie będę opisywać pozostałych dwóch firm, w których sytuacja wyglądała identycznie. Czyli w sumie po 5 godzinach wróciłam przemoczona, załamana i zmarznięta. Teraz wydaje mi się, że powinnam się poddać i wziąć jakąkolwiek pracę i nie szukać w zawodzie, tego co lubię. Nie wiem już co robię lub piszę w tych aplikacjach nie tak. Przez to nie mam dziś siły nawet zajrzeć do ofert.

Zły humor, a humor najlepiej poprawia się dobrym jedzieniem. Jednak w tym przypadku chyba mi nie pomogło, ale zupa wyszła świetna i rozgrzewająca. W sam raz na doła i leżenie pod kocem.

Zupa krem z pieczonej papryki


- 5 niedużych papryk kroimy na ćwiartki, podpiekamy w 175°C, żeby skórka sczarniała, wyciągamy z piekarnika i odstawiamy (najlepiej pod przykryciem) do ostygnięcia. 
- W czasie jak papryki się pieką, na łyżce oleju podsmażamy 1 cebulę, 1 ząbek czosnku, 1/2 łyżeczki papryki słodkiej, 1/2 łyżeczki papryki ostrej i dodajemy 2 średnie ziemniaki pokrojone w kostkę. Solimy.
- To wszystko z patelni wrzucamy na 1,5 litra bulionu, do którego wrzucamy też obrane papryki.
- Gotujemy całość ok. 5 minut, blendujemy z łyżką jogurtu naturalnego lub śmietany.

2 komentarze:

  1. Uderzyło mnie to, że w Poznaniu trzeba czekać 40 minut na autobus, w środku dnia, w środku tygodnia... W Sochaczewie jeżdżą z podobną częstotliwością:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że to jeszcze nic. Czasem czeka się tyle pod samą pętlą i stoisz tam i widzisz jak te busy przyjeżdżają ale nie wyjeżdżają bo Pan kawkę pije właśnie:)

      Usuń